Home Page     HISTORIA  

Września - w stulecie strajku

W maju tego roku minie sto lat od strajku dzieci wrzesińskich. Wspomina o nim każdy szkolny podręcznik, rzecz jest niby znana, pamiętają o niej nawet ludzie niezbyt mocni w historii. A jednak zastanawiano się niedawno w Warszawie, czy nie było to wydarzenie nazbyt lokalne, aby zainteresować nim ogólnopolskie media. A nawet - o zgrozo! - uczcić znaczkiem. Dziennikarze zwrócili się do historyków (sam byłem jednym z nich), a ci - jak można było przewidzieć - w obronie Wrześni stanęli murem. Zrobiło się jednak jakoś nieprzyjemnie i smutno. To już więc o takich rzeczach należy przypominać! Takich szańców bronić! Czy tylko zresztą przed kompromitująca ignorancją wysokich funkcjonariuszy naszego państwa, czy także przed niemądrą, swoistą odmianą cenzury? Wiadomo, aspirujemy do Unii i byłoby dobrze, gdyby historia nas w tym jakoś wsparła. Dlatego zjazd gnieźnieński, Otton III - owszem, jak najbardziej. Ale Września ...?!

Z Wrześnią znów byłby więc kłopot. Znów, bo w PRL-u historycy wcale nie mogli pisać o niej swobodnie. Kto nie wierzy - niech sięgnie po starsze opracowania. Znajdzie w nich klasowy aspekt wydarzeń, wątek walki społecznej, charakterystykę dzieci przypominającą wizerunki rewolucjonistów i zdania nie wykluczające, że do Wrześni docierały "echa wystąpień Róży Luksemburg nawołującej do walki". Że chodziło o pacierz - czytelnik dowiadywał się właściwie przypadkiem. Że za dziećmi stał ks. Jan Laskowski nie dowiadywał się przeważnie wcale. Księdza bowiem skazano na zapomnienie. I to tak skutecznie, że nie ma go ani we wznowionej niedawno historii Wielkopolski Jerzego Topolskiego, ani w opracowaniu Wielkopolanie XX w. (wydanym nakładem WBP w 2000 r.). A przecież to on miniony wiek wraz z dziećmi wrzesińskimi otwierał! Jak można było go pominąć?! Nie wiem.

Zastanawiałem się przy okazji nad specyfika badań nad Wielkopolską. I nad ewentualnymi tego konsekwencjami. Za PRL-u nic tu właściwie nie układało się tak, jak powinno. Socjaliści bowiem byli tu słabi, a nie silni, ziemianie oszczędni, a nie rozrzutni, chłopi zamożni, a nie przymierający głodem, księża postępowi, a nie wsteczni, społeczeństwo solidarne, a nie rozrywane walką klas itp. itd. Żeby to wszystko ująć po "marksistowsku", należało stanąć na głowie i faktom właściwie zaprzeczyć. Inaczej się nie dało. Przynajmniej na poziomie syntezy. Na poziomie psychologii natomiast gwałt był jeszcze grubszy. Kwestionowano bowiem to, co stanowiło o sile i odmienności Wielkopolski. Z czego Wielkopolanie byli dumni i co stanowiło o ich tożsamości - mieszczańską skrzętność i zapobiegliwość, przywiązanie do tradycji i ładu oraz pewną niechęć do ryzyka. Jeśli bowiem "w rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki" - jak pisał nasz wieszcz - to dziwaków w Wielkopolsce ze świecą szukać. To już nawet w mieszczańskim, stańczykowskim Krakowie było pod tym względem lepiej (albo - ewentualnie - gorzej). Tam bowiem za austriackich czasów wybory w V kurii (głosowania powszechnego) wygrał socjalista, Ignacy Daszyński, późniejszy szef rządu lubelskiego. Czy miałby on szanse w Poznaniu? Żadnych. To co tu mówiono o socjalistach w ogóle nie nadaje się do druku.

Czy wypadki wrzesińskie były wydarzeniem lokalnym, wielkopolskim? Nie, po stokroć nie. Na wieść o nich zatrzęśli się Polacy rozrzuceni po całym świecie. Z płomiennym protestem wystąpił Sienkiewicz. Podpisy pod protestem zbierała Konopnicka. W parlamencie austriackim za dziećmi wrzesińskimi ujęli się Czesi, Chorwaci i Słoweńcy. Z ostrą mową przeciwko Prusom wystąpił Wojciech Dzieduszycki. Popierał go po cichu premier Austrii, Koerber, a głośno - największy ideowy przeciwnik Dzieduszyckiego - Ignacy Daszyński. W Sejmie lwowskim, gdy padło słowo Września wszyscy posłowie wstali ("nie wyłączając ruskich"), co świadków tej sceny szczerze wzruszyło. Pieniądze zaś na "ofiary wrzesińskie" zbierano we Francji, Szwajcarii, Austrii, na Węgrzech, we Włoszech i Stanach Zjednoczonych. Nastąpiła olbrzymia erupcja patriotyzmu. Września - niemal przez rok - nie schodziła z łamów gazet.

Postawa dzieci wrzesińskich zachwyciła wszystkich. Na Wielkopolan w Galicji i Królestwie spojrzano inaczej. Wielkopolska - mówiono teraz - jest "Polską wojującą", lud jest tam oświecony, patriotyczny, daje przykład innym i zasługuje na hołdy. Trochę wstyd o tym nie pamiętać. Nawet po stu latach.

Waldemar ŁazugaWaldemar Łazuga
historyk, profesor nadzwyczajny UAM w Poznaniu,
autor wielu książek i esejów