Home Page     DOTKNĄĆ HISTORII  

Po kolędzie
Patrząc sercem na Wilno

Od dziecka marzyłam, by pójść po kolędzie.
Przebrać się jak inne dzieci za diabła, anioła lub śmierć i w śniegu,
ze świecącą gwiazdą iść od domu do domu...

Wyjątkowo trudno tym razem zbierałam się do wyjazdu. Jakiś wewnętrzny rozgardiasz powodował, że nie było we mnie zwykłej przy takiej okazji gorączkowej radości z wyjazdu w nieznane. Ponieważ nie zdarzyło się nic, co przeszkodziło by mi w moim zamiarze, towarzysząc chórom "Absolwent" oraz para- fialnemu chórowi z kościoła p.w. Bogurodzicy Maryi - zjednoczonym pod batutą doktora Przemysława Pałki, w piątkowy wieczór wyruszyliśmy ku Litwie. Następnego dnia rano przekroczyliśmy granicę i wkrótce dotarliśmy do Wilna.

Chcieliśmy - taki był cel podróży - nieść kolędę, a przy okazji zawieźć prezenty dla jednego z wileńskich domów dziecka, no i zwiedzać, zwiedzać...

Kolędowanie rozpoczęliśmy jeszcze tego samego dnia w kościele św. Teresy przy Ostrej Bramie. Wieczorna msza zapełniła kościół. Zabrzmiało "Bóg się rodzi", "Dzisiaj w Betlejem". Głowy podniosły się do góry ku chórowi. Ktoś podszedł do mnie i szepnął: "Bóg im zapłać, pięknie śpiewają".

Pierwsze wrażenie z Wilna było przygnębiające. Większość starych budowli w opłakanym stanie, tylko nikłe ślady pozwalały domyślać się dawnej urody. Drewniane rudery, co rusz przyklejone byle jak, byle gdzie do ulicy; zaniedbane obejścia nazbyt przypominają o niedawnej przeszłości. Dopiero w okolicach starówki czuło się już troskliwe oko architekta przywracające dawne piękno. Przeżywając wędrówkę po tych zaułkach i ulicach Wilna, czułam, że dotykam czasów odległych, zaklętych w tym, co pozostało po Moniuszce, Słowackim, Syrokomli czy Kraszewskim.

Jak miło i ciepło zrobiło się na sercu, gdy kustosz w Muzeum Mickiewicza mówił, że Ochman (nasz słynny tenor) jest dla nich jak Mickiewicz. To dzięki jego wielkiej hojności mogło powstać i działa muzeum. Tam też w urokliwych podziemiach "poniosło" nasze "Lulajże Jezuniu". Śpiewali potem w katedrze przy grobach królów, jak i w niemiłosiernie zdewastowanym kościele franciszkanów "na Piaskach". Właśnie tu odkryłam mistykę tej podróży. Chłonęłam Wilno rada z doznań tak różnorodnych, że aż trudnych. Następnego dnia kolędowa- liśmy jeszcze raz na mszy u Świętej Teresy, potem w Ostrej Bramie w kaplicy, co szczególnie nas poruszyło. I jeszcze na Rossie, i w pięknej, urokliwej cerkwi św. Trójcy, gdzie aż chciało się modlić. Nieco zdumieni wierni pytali po rosyjsku "Kto to śpiewa i komu?". "Polacy, Jezusowi - odpowiadałam - Jezusowi".

Na koniec zgrzyt, chciałoby się rzec jak u Jankiela. Zwiedzając podworce uniwersytetu, weszliśmy do kościoła. Tutaj dość agresywnie przerwano śpiew. Wyszliśmy oburzeni, jednak zwarzony humor wkrótce powrócił. Tego też wieczoru opuszczaliśmy Wilno.

Dziękuję Basi Cajs za propozycję i zachęcanie mnie do podróży, panu dyrygentowi i chórowi za ciepłą akceptację, niezapomniane wzruszenia, jakie były moim udziałem podczas Państwa śpiewu; również za te okru- chy dobra, które wraz z Waszą mu- zyką zostały tam. Może kiedyś skruszą lody. Dziękuję naszej przewodniczce pani Reginie, która odkrywała przede mną Wilno takie, jakim spodziewał się, że je ujrzę mój przyjaciel, jakim można je zobaczyć tylko patrząc sercem.

Mariola Zdancewicz

P.S. Jest to z konieczności szkic grubą kreską.