 |
KULTURA |
|
Kultura polityczna
Zbliżają się wybory prezydenckie.
Temperatura polityczna rośnie. Może mniej, niż się spodziewano, ale jednak.
Ludzie wyraźnie te wybory lubią. Głosuje się na konkretnego człowieka.
I wszystko jest jasne. Jeden z kandydatów wygra, pozostali przegrają.
Na wyniki długo się nie czeka. Wygrany zgarnia całą pulę. Przegrani zaś
przegrywają nie tylko wybory, ale nieraz całą swoją dotychczasową karierę.
Ta stawka działa ekscytująco. Bo albo ktoś zniknie z ekranów telewizorów,
albo będzie się nam naprzykrzać nadal. To my skazujemy go na byt albo
niebyt. Na porażkę lub na sukces. Na życie w świetle jupiterów lub gorycz
odsunięcia i zapomnienia. I sami później bolejemy lub święcimy tryumf.
Jest coś w tych wyborach z olimpiady, która właśnie się zaczyna. I coś
z telewizyjnej gry o milion, za którą tak przepada wielu moich rodaków.
Jest coś bardzo poważnego i niepoważnego zarazem. Coś co smuci i co mimowiednie
rozwesela.
Polska - od kiedy nie wybierano u nas królów - miała rozmaitych prezydentów.
Wybitnego i mądrego profesora Gabriela Narutowicza, pierwszego prezydenta
II Rzeczypospolitej, Stanisława Wojciechowskiego, który miał piękną niepodległościową
kartę i prof. Ignacego Mościckiego, o którym mówiono, że wygląda "jakby
się na stopniach tronu urodził". W PRL-u, przypominam, też mieliśmy
prezydentów, z których Bolesław Bierut był pod każdym względem odwrotnością
tamtych, a Wojciech Jaruzelski tak dalece skojarzył się z poligonem (o
innych skojarzeniach już nie mówiąc), że nawet najbliżsi współpracownicy
jeszcze dziś zwracają się do niego "panie generale", a nie "panie
prezydencie" (co samego Jaruzelskiego powinno jednak zastanowić).
Narutowicza (a także Wojciecha Jaruzelskiego) wybrało Zgromadzenie Narodowe.
Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewsiego - już w III Rzeczypospolitej - cały
naród. Dwóm ostatnim kampaniom towarzyszyły pamiętne igrzyska. Pojawiali
się dziwni ludzie. Mówili dziwne rzeczy. Przerażali i śmieszyli. A jeden
z nich z pamiętną czarną teczką zdobył nawet zastępy zwolenników.
Dziś w szranki stają na szczęście znani politycy. Ludzie, o których sporo
wiemy. Rozpoznawalni i obliczalni. Aktywni na scenie politycznej przynajmniej
od lat dziesięciu. A jednak i tym razem oglądamy rzeczy dziwne, nieprzystojne,
nie licujące z powagą sprawy i najzwyczajniej w złym guście. Oto bowiem
na najwyższy urząd w państwie kandydują Kwach i Krzak. Nazywani tak wcale
nie przez ulicę ani przeciwników politycznych. To ich oficjalne, wyborcze
"ksywy". O Kwachu: całą książkę napisała jego najgorętsza
wielbicielka Danuta Waniek, a o Krzaku znów na wiecach wyborczych z rozczuleniem
mówią nie tylko jego sztabowcy, ale i sam Krzaklewski. Panowie kandydaci!
Polska, to jest wielka sprawa i nie przystoi tak się wygłupiać. Jeśli
chcecie, aby Was i - co ważniejsze - najwyższe urzędy w państwie szanowano,
to szanujcie się najpierw sami. I nie schlebiajcie gustom i skłonnościom,
które nic wspólnego z kulturą polityczną (i jaką kolwiek kulturą w ogóle)
nie mają. Przezywajcie się - jeśli chcecie - w domu, w gronie swoich bliskich,
ale nie wtedy, gdy występujecie publicznie. Bo Krzak czy Kwach mogą wygadywać
niestworzone rzeczy. Natomiast Kwaśniewski i Krzaklewski powinni liczyć
się ze słowami.
Waldemar Łazuga
|