 |
WYWIAD |
|
O roli producenta i produkcji filmu "Quo
Vadis"
Z producentem filmu Mirosławem Słowińskim rozmawia Roman
Paszak
R.P.
Czy można mówić w Polsce o powstaniu zawodu prywatnego producenta filmowego
i jeżeli tak, to o ile trudniej jest wykonywać tę funkcję ludziom nie
związanym z branżą filmową?
M.S. Taki zawód powstaje i już jest. Jest takim producentem Juliusz Machulski,
który jednocześnie jest świetnym reżyserem, Dariusz Jabłoński, są panowie:
Terlecki, Strzembosz, Dziki którzy już od dłuższego czasu, a przede wszystkim
Lew Rywin - funkcjonują jako prywatni producenci, ale można powiedzieć,
że to jest etap kształtowania się tej profesji.
A ludzie tacy jak ja z zewnątrz? Są plusy i minusy tego położenia. Plusem
jest to, że patrzymy na to nie od środka, nie od starych utartych reguł
gry i schematów, można dzięki temu zastosować funkcjonujące w innych gałęziach
gospodarki rozwiązania. Minusem jest to, że świat filmu jest dość hermetyczny
i trudno go się od środka poznaje. A poznać trzeba.
Rodzi się sytuacja napięcia i stresy.
R.P. Czy rola producenta zaczyna się głównie i kończy na zdobyciu
środków finansowych na film i kontroli jego budżetu?
M.S. Moja sytuacja jest o tyle inna, że jestem od wielu lat zaprzyjaźniony
z reżyserem.
Więc to są przede wszystkim relacje osobiste, poza służbowe. Natomiast
pozycja producenta, czyli prezesa zarządu firmy, która produkuje film,
jest wyposażona w bardzo szerokie prerogatywy.
Od podpisania umowy z reżyserem i wszystkimi głównymi realizatorami artystycznymi
i aktorami po zorganizowanie środków na produkcję filmu a później jego
sprzedaż.
R.P.
Ostatnio mamy do czynienia z cyklem ekranizacji polskiej klasyki. Czy
jest to związane z łatwiejszym zgromadzeniem funduszy na takie przedsięwzięcia
?
M.S. Na pewno jest łatwiej, ale każdy projekt jest studiowany osobno.
Filmu "Quo Vadis" nie da się porównać z żadną dotychczasową
polską produkcją. Jest to dla porównania dwukrotny budżet "Ogniem
i Mieczem" największej do tej pory polskiej produkcji.
Są to ogromne pieniądze, które jeżeli ktoś inwestuje i decyduje się w
takim przedsięwzięciu uczestniczyć bardzo uważnie je studiuje i analizuje.
Wszystkie możliwe dane.
Dzisiaj jest inna sytuacja w stosunku do naszego kina. Dzięki Jerzemu
Hoffmanowi, dzięki "Panu Tadeuszowi" Andrzeja Wajdy, dzięki
filmom Juliusza Machulskiego, poważni inwestorzy uwierzyli, że można tu
dobrze zarobić.
W kinie wszystko zaczyna się od scenariusza. Jeśli będzie to na przykład
genialny scenariusz na współczesną polską komedię, myślę że też znajdzie
się producent, który zgromadzi na to pieniądze.
R.P.
Jak trudno było zgromadzić środki na produkcję i skąd one głownie pochodzą?
M.S. Trudno było zdobyć te pieniądze, trudno było zdobyć pierwszy milion
dolarów, potem udało nam się to wszystko dalej łączyć. A skąd pochodzą?
Połowa są to środki własne zorganizowane przez producenta i koproducentów
a połowa to kredyt bankowy.
Głównymi koproducentami jest Telewizja Polska, Telewizja Amerykańska HBO,
Syrena Entertaiment Group, dalej Komitet Kinematografii, wkład sponsorski
Telekomunikacji Polskiej, Kredyt Banku, Poczty Polskiej i kredyt.
R.P.
Wspomniał Pani jest opinia, że "Quo Vadis" ma być najdroższą
polska produkcją, jaki jest budżet tego filmu?
M.S. 13 mln dolarów.
R.P. Mówi się w tej chwili o dwutygodniowym opóźnieniu, ile to będzie
kosztować więcej?
M.S. Jesteśmy w trakcie weryfikacji budżetu. Nie, nie ma dwutygodniowego
opóźnienia, jest sześć dni opóźnienia. Natomiast obecnie trwa sześciodniowa
przerwa techniczna, mamy bardzo długi sierpniowy weekend i w naszej ocenie
ekipie po nakręceniu 52% zdjęć należała się chwila odpoczynku. Bez przerwy
pracują zespoły budujące kolejne potężne dekoracje.
Spóźnienie, 6 dni, spowodowała lipcowa pogoda, czekanie dosłownie na godzinę
ze słońcem, no i zachowanie lwów, które w pierwszym tygodniu pobytu na
planie, praktycznie nie dawały się sterować.
Ale mamy to już za sobą.
R.P. Zdjęcia są w tej chwili kręcone w Polsce, jak długo trwały
plenery poza granicami?
M.S. Miesiąc w Tunezji i 14 dni we Francji, jeszcze 3 dni we Włoszech.
R.P.
A szczególnie trudne sytuacje na planie?
M.S. Bardzo trudną sytuacją była scena uwolnienia Ligii przez Ursusa z
grzbietu byka. To łatwo się pisało Sienkiewiczowi natomiast przełożenie
tego na język wiarygodnego obrazu filmowego (przy założeniu pełnej wierności
w stosunku do opisu literackiego) okazało się szalenie trudnym przedsięwzięciem.
To jest niewyobrażalna skala problemów. Od samego momentu umocowania bohaterki
na grzbiecie pędzącego byka, po wszystkie aspekty bezpieczeństwa aktorki
i aktora który będzie z nim walczył, po wreszcie samą scenę fizycznego
przewrócenia byka.
To wszystko jest zrobione bez jednego triku komputerowego.
Są to sceny niepowtarzalne w kinie.
R.P. Kiedy film trafi na ekrany, gdzie będzie premiera ?
M.S. Planujemy premierę w połowie września 2001, natomiast w tej chwili
rozpoczynamy rozmowę z Włochami. Marzy nam się prapremiera europejska,
towarzysząca Festiwalowi Filmowemu w Wenecji, który odbywa się zawsze
w pierwszej dekadzie września. Byłyby więc - jeżeli Włosi przyjmą naszą
propozycję, dwie premiery, premiera europejska w Wenecji i premiera polska
w Warszawie, prawdopodobnie 17-tego września 2001.
R.P. Jak szybko spodziewa się Pan zwrotu nakładów na produkcję?
M.S. Jeżeli film odnosi sukces powinno to nastąpić po czterech miesiącach
eksploatacji.
R.P. Dziękuję bardzo za rozmowę, życzę bardzo dobrego przyjęcia
filmu przez publiczność, jak najwięcej nagród na festiwalach filmowych
oraz dalszej satysfakcji przy jego produkcji.
|