 |
KULTURA |
 |
Kultura polityczna
Żył w Polsce w XVI w. pewien
oryginalny człowiek. Nazywał się Jerzy Szoman. Do historii przeszedł głównie
z jednego powodu: był kolejno katolikiem, luteraninem, kalwinem i arianinem.
Wyznania zmieniał z wielką łatwością. W każde wcielając się dogłębnie.
Rzecz jasna - tylko do czasu!
Żył we Francji na przełomie XVIII i XIX w. genialny polityk. Nazywał się
Maurycy Karol Talleyrand. Talleyrand był najpierw człowiekiem Kościoła,
potem rewolucji, potem Bonapartego, potem Bourbonów, a na końcu Ludwika
Filipa. Za każdym razem oddając protektorom niemałe usługi. Rzecz jasna
- tylko do czasu.
Szomanem powodowała prawdopodobnie ciekawość. Talleyrandem - polityczne
wyrachowanie. Dominantą obu była niestałość podniesiona do rangi cnoty.
I - mimo niestałości - wiarygodność kolejnych wcieleń.
Podobno tylko krowa nie zmienia poglądów. Polityk je zmienia. Oczywiście
o ile je ma, co wcale nie jest takie pewne.
Klemens Metternich, któremu Europa ponapoleońska zawdzięczała nowy ład
zauważył w młodym wieku, że we Włoszech opłaca się mówić, że ceni się
przede wszystkim muzykę włoską, a w Niemczech, że przede wszystkim niemiecką.
Od razu wtedy lepiej usposabia się do siebie ludzi, a w ostatecznym rachunku
o to przecież chodzi. Zauważył też, że dobrze jest "spodobać się"
leciwym arystokratkom, gdyż zaraz w koło będą powtarzać, jaki ów młody
człowiek ma subtelne maniery, jak przyjemnie konwersuje i jak piękne ma
przed sobą widoki. Czyli zacznie być o nim głośno. I o to znów chodzi.
Z kobietami - atrakcyjnymi i ponętnymi - radził postępować rozważnie.
Emablować je, traktować tkliwie i nawet porzucając zapewniać o podziwie,
jaki wciąż w nas budzą. Prędzej czy później na pewno się opłaci. "Nie
wyobrażam sobie kobiety, która by nie uległa Klemensowi" - mówiła
jego ... żona, Eleonora z domu Kaunitz. I do końca była zachwycona swoim
mężem, podobnie jak wszystkie, liczne - i bardzo nieraz wpływowe- jego
kochanki. Z Karoliną Murat, rodzoną siostrą Bonapartego włącznie.
Dziś wielu polityków znanych jest głównie z tego, że jest znanych. Pojawiają
się tu i tam. Pokazują ich w telewizji i w prasie. Coś mówią i coś robią.
Spotykają się z innymi podobnymi do siebie ludźmi. Nikogo starają się
nie urazić i wszystkim starają się podobać. Przed wyborami "serdecznieją"
jeszcze bardziej i jeszcze bardziej podążają za aktualnymi modami. Rośnie
ich wrażliwość społeczna. W górę pnie się krzywa miłości bliźniego. Podobno
mają nawet jakieś poglądy, ale kiedy trzeba stanowczo się z nimi nie zgadzają.
Niby więc nic nowego pod słońcem. A przecież co innego. Inny format, inny
wdzięk, inna inteligencja. I sztuka też - niestety - inna.
Waldemar Łazuga
historyk, profesor nadzwyczajny UAM w Poznaniu,
autor wielu książek i esejów
|