 |
FELIETON |
 |
Dwa zjazdy
Jubileusz
jubileuszowi nierówny. O jednych się przypomina, o innych się zapomina.
Jednym podwyższa rangę rangę, innym obniża. Jedne hucznie obchodzi, inne
kwituje lakonicznymi wzmiankami. Nie zawsze z powodu złych intencji, nieuczciwości,
ignorancji albo niskich politycznych pobudek. Natomiast zawsze - lub prawie
zawsze - wskutek "ciśnienia współczesności": nowych pytań, na
które nie znajdujemy odpowiedzi i nowych znaków, z którymi nie wiadomo
co zrobić. Czasem, by upewnić się, że kierunek, który obraliśmy jest słuszny.
Częściej chyba, by wykazać słuszność decyzji już podjętych.
O
zjeździe gnieź- nieńskim sprzed tysiąca lat wiemy w rzeczywistości bardzo
niewiele. Materiałów źródłowych jest tyle, co kot napłakał. Historycy
spierają się o ogóły i szczegóły. O symbole, gesty i o słowa. Hipoteza
goni hipotezę. Thietmar contra Gall Anonim, Gall Anonim contra Thietmar.
A jeden i drugi tak przedstawiają sprawę - pisze prof. Jerzy Strzelczyk
w wydanej ostatnio książce o zjeździe gnieźnieńskim - by "ją nie
tyle wyjaśnić, co zagmatwać". Oddalenie w czasie jest zabójcze. Nie
mamy pewności, czy rozumiemy, nawet wtedy, kiedy nam się tak wydaje. Przestajemy
ufać Kartezjuszowi. Zawodzą wypróbowane metody analizy, zawodzi indukcja
i dedukcja.
Zastanawia, dlaczego zjazd gnieźnieński tak szybko poszedł w zapomnienie.
Dlaczego tak niewielu ludzi do niego nawiązywało, dlaczego wcześniej nikt
chyba jego kolejnych rocznic nie świętował. Nie wiadomo, ilu pamiętało
o nim po stu latach, ilu po dwustu, ilu po upływie pięciu wieków i ewentualnie
jakie wtedy, pięćset lat temu, w osiem lat po odkryciu Ameryki przez Kolumba
wyrażano o nim opinie. Podobne do dzisiejszych czy całkiem różne? Bliższe
prawdy czy od niej odleglejsze? Z kim lub z czym wreszcie wtedy porównywane
lub kojarzone? Na ile aktualne, na ile budzące sympatię, na ile sprzeciw.
Jak
było przed stu i nieco więcej laty, jak przed z górą pięćdziesięciu -
wiadomo. Ani Niemcy doby Bismarcka, ani Wilhelma ani zwłaszcza Hitlera.
Ottona III nie cenili. Był wszak raczej Rzymianinem niż Niemcem. Z pangerma-
nizmem trudno było go skojarzyć. Na patrona Kulturkampfu się nie nadawał.
Niemców nie stawiał wyżej niż inne narody i będąc marzycielem w polityce
nie dbał o Realpolitik. Na wdzięczną pamięć więc nie zasłużył.
Dziś o Ottonie III i jego uniwersalistycznej koncepcji myślimy inaczej.
Dziś budzi ona szacunek, uznanie i zaciekawienie. A mirabila mundi ("zadziwieniem
świata") - jak o Ottonie III niegdyś mówiono - uchodzi niemal za
prekursora Unii Europejskiej. I to z perspektywą rychłego jej rozszerzenia
na wojciechowym kierunku wschodnim. Każde pokolenie na nowo odczytuje
historię. Każde też - jak w lustrze - chce zobaczyć w niej przede wszystkim
siebie. W Europie mamy już parametry i standardy frytek, mankietów od
koszuli, gumy do żucia, wycieraczek samochodowych, nisko i wysokoprocentowego
mleka oraz nieskończonej ilości innych potrzebnych i zupełnie niepotrzebnych
produktów. Czy mamy jednak poczucie wspólnej tożsamości, wspólnie przebytej
drogi, kultury, która
łączy, a nie dzieli i filozofii, która docenia wszystkich, a nie lekceważy
nikogo? Nie mamy - brzmi odpowiedź - a bardzo chcielibyśmy mieć, bo rozumiemy,
że bez tego zjednoczenie się nie uda. Nie wiem, czy Otton III, Bolesław
Chrobry i zjazd gnieźnieński mogą nam pomóc w tych kłopotach, zainspirować
albo coś wyjaśnić. Nie wiem nawet, choć wielu może się narażę, czy się
do takiej roli akurat nadają. Czy nie pomylono odrobinę adresu, albo nie
znaleziono go tam, gdzie od dawna nikt już nie mieszka. Wiem natomiast,
że Europa tęskni za ideą. Że jej szuka. Że wciąż nie znajduje i że wie,
że znaleźć jednak powinna. A Otto III i Bolesław Chrobry są właśnie znakiem
tych poszukiwań. Tylko tyle i aż tyle !
Waldemar Łazuga
historyk profesor nadzwyczajny UAM
autor wielu kiążek i esejów
|